Wasza Królewska Mość,
Czcigodni Parlamentarzyści,
Drodzy Współobywatele,
Szanowni Goście!
W tym miejscu i w tej roli występuję po raz drugi. Podobieństwo sytuacji jest jednak bardzo powierzchowne. Wysoka Izba stała się zgromadzeniem ludowym, urząd premiera stał się bezpośrednio wybieralnym, a skład osobowy naszego państwa uległ nie tyle odnowie, co całkowitej wymianie. Także i aktor, choć ten sam, jest przecież nieco inny.
Ogłoszenie wyników wyborów przypadło jednocześnie z upływem pięciu lat od dnia, gdy zamieszkałem pierwszy raz w Królestwie Dreamlandu. Przez ten czas nabrałem pewnych przekonań co do natury wirtualnego państwa, właściwego jego urządzenia i rządzenia nim. Swoje plany na nadchodzące cztery miesiące przedstawiłem już w trakcie kampanii wyborczej. Gdybym je teraz powtórzył, byłbym nudziarzem, a gdybym nakreślił zupełnie inne, okazałbym się oszustem. Dlatego chcę dziś powiedzieć Wam nie o planach moich rządów, lecz o ich filozofii. Te pierwsze często okazują się kruche w zetknięciu z bezlitosną rzeczywistością; ta druga pozwala dopasować się do biegu wydarzeń i w każdych okolicznościach postępować właściwie.
Stanowczo odrzucam sugestie, że jedyną domeną rządu powinno pozostać wykonawstwo praw. Przeciwnie, sądzę, że daleko ważniejsze jest, aby zapewniał on wspólnocie przywództwo. Model Króla-lidera wyczerpał się jeszcze za panowania Edwarda II Odnowiciela. Jesteśmy już społecznością zbyt liczną, niejednorodną i rozwiniętą, aby monarcha mógł ją zjednoczyć wokół wspólnego dla wszystkich programu. Nie znaczy to jednak, że jako powinniśmy pozwolić sobie na atomizację i brak jakiegokolwiek ukierunkowania naszych działań. Przyszła pora, aby ciężar przywództwa poniósł Pałac Rady, realizujący spójny, szeroki, ideowo motywowany program, mobilizujący społeczeństwo zarówno do uczestnictwa w budowaniu Nowego, jak i do formułowania alternatyw i aktywnej działalności opozycyjnej.
Kluczowa dla państwa wirtualnego jest twórczość wolnej jednostki, która ma swoją wizję pożądanego kształtu rzeczywistości, a właściwie raczej jej wycinka, i zmierza do wprowadzenia jej w życie. Ta jej aktywność nie może jednak być wsobna, podejmowana w izolacji i tylko dla siebie, ale dokonywać się w kontekście społecznym. Najlepiej, aby odbywała się w warunkach współzawodnictwa, kiedy konkurują rozmaite sposoby powiększenia dobra wspólnego. Wówczas dostarcza ona po prostu najwięcej emocji, najlepszej rozrywki. Najsilniejsza jest też motywacja do jej podejmowania, a na wzmożonych dzięki temu wysiłkach członków wspólnoty korzysta ona cała.
Najgorszym możliwym stanem jest taki, w którym następuje pełna atomizacja; każdy zasiedla swój, odrębny wycinek rzeczywistości i urządza go w całości według własnego upodobania. Obywatele przestają tworzyć wspólnotę, a państwo zaczyna bardziej przypominać coś na kształt platformy blogowej. Niestety nader często taki stan rzeczy jest świadomie kreowany przez władze, kierujące się mylną polityką. Wbrew oczekiwaniom nie przynosi ona wzrostu aktywności. Trudno się temu dziwić; mało kto jest w stanie zajmować się jakimś przedsięwzięciem z czystej, wewnętrznej potrzeby.
Należy umożliwiać i popierać naturalne łączenie się obywateli we wspólnoty, terytorialne i inne, a oddolną aktywność organizować i potęgować. Natomiast państwo nie powinno próbować stwarzać aktywności tam, gdzie jej nie ma. Musi ono dostarczać ram temu, co już jest, a nie wystawiać rusztowania, licząc, że ktoś zbuduje coś w środku.
Zaangażowanie w państwo wirtualne, oprócz satysfakcji ze współzawodnictwa, powinno także służyć samodoskonaleniu. Mikronacja powinna być miejscem, które pozwala nabyć lub wydoskonalić techniczne umiejętności, kompetencje społeczne, ale i cnoty obywatelskie. Mądra polityka władzy, odpowiednio wartościująca możliwe ścieżki rozwoju w ramach państwa wirtualnego i skłaniająca obywateli do pracy nad sobą, jest tutaj koniecznością.
Wokół tych założeń powstał rządowy program, który będzie realizowany na przestrzeni najbliższych czterech miesięcy. Nie byłoby to jednak możliwe, gdyby nie moi współpracownicy ze stronnictwa republikańskiego, a szczególnie ministrowie tego rządu.
Fryderyk wicehrabia Orański-Nassau objął resort Ksiąg i Rejestrów, a więc zajmie się w ramach rządu sprawami typowo administracyjnymi. Jako osoba doświadczona, daje rękojmię należytego spełniania może mało widocznych, za to żywotnych dla prawidłowego funkcjonowania państwa obowiązków.
Pan Ruprecht van den Spraak został Ministrem Policji. Młody, umiarkowany, choć niepozbawiony wyrazu, aktywny obywatel był najlepszym wyborem do prowadzenia delikatnych spraw, które leżą w zakresie kompetencji tego urzędu.
William wicehrabia Oxlade-Chamberlain poprowadzi sprawy zagraniczne Królestwa. Wnikliwy obserwator zarówno wewnętrznej sceny politycznej, jak i — co w tym wypadku kluczowe — areny międzynarodowej, łączący uprzejmość i życzliwość dla państw zewnętrznych ze zdrowym wyczuciem dreamlandzkiej racji stanu, p. Chamberlain będzie, jak głęboko wierzę, doskonale reprezentował nasze interesy i przyczyniał się do umacniania naszej pozycji w mikroświecie.
Pan Erwin von Beckendorff, tegoroczny nabytek, młody działacz kulturalny, pokieruje sprawami Kultury i Nauki. Naczelnym jego zadaniem będzie przygotowanie tegorocznego Święta Królestwa, a więc dwudziestolecia Dreamlandu i polskiego ruchu mikronacyjnego. Dzięki niemu powinno być wydarzenie tyleż pamiętne, co doniosłe.
Drodzy i Szanowni Zgromadzeni, życzcie nam powodzenia.