Pomimo pytań, które zawisły w powietrzu, i pomimo tego niespokojnego zamętu, który mieszał się z niepokojem w duszy Frau Augentrost — Herr Oberhaupt… zasnął.
Zwyczajnie. Bezceremonialnie. Jakby cała ta podróż, rozmowy, wspomnienia i kot nie miały dla niego większego znaczenia. Lieselotte nawet delikatnie dotknęła jego ramienia i lekko szturchnęła, by się upewnić. Odpowiedziało jej tylko głębokie, równomierne oddychanie. Konsternacja była niemała. Przez chwilę patrzyła na niego z niedowierzaniem, a potem, bez słowa, odwróciła wzrok ku oknu.
Za szybą przesuwały się cienie drzew i światła Nebulheimu, coraz bliższe, coraz bardziej realne. A jej myśli — jak to często bywało — powędrowały w zupełnie innym kierunku. Ku Joachimowi Cargalho.
On nigdy nie bagatelizował jej uczuć. Przeciwnie — karmił je, nie trzeba było dopraszać się, by wylewał miód na jej serce. Słuchał, reagował, podsycał ogień, który w niej tlił się nieustannie. Był obecny. Był czuły. Był… inny. A jednak — czy to miało dziś jeszcze jakiekolwiek znaczenie?
Kot, zrezygnowany brakiem zainteresowania ze strony Heinza, prychnął z godnością, po czym zwinął się w kłębek na siedzeniu. Jego ogon poruszał się leniwie, a oczy śledziły muchę, która z uporem godnym lepszej sprawy obijała się o szybę, jakby próbowała znaleźć drogę ucieczki z tej zamkniętej przestrzeni.
***
W końcu dojechali do Nebulheim. Pałac, w którym mieli spędzić najbliższe godziny, był gustowny, z klasą — nieprzesadnie wystawny, ale z wyraźnym rodowodem. Gdy tylko wysiedli z pojazdu, gospodarz, Wojciech Bombina, wyszedł im na spotkanie. Był to gest świadczący o uznaniu — podejrzewała, że nie każdy gość mógł liczyć na osobiste powitanie.
Lieselotte, nie czekając na Heinza, który zdawał się jeszcze nie do końca obudzony z podróżnego letargu, otworzyła bagażnik i wyciągnęła pakunek. Herr Oberhaupt, jak się okazało, nie zdążył, lub też nie pomyślał o tym, by zatroszczyć się o prezent dla gospodarza. Lieselotte nie była zaskoczona. Była przygotowana.
Z uśmiechem podeszła do Bombiny i wręczyła mu wiklinowy kosz, wypełniony najlepszymi darami z Edelweiss, wyprodukowanymi w Landwirtschaftsagentur, której była dyrektorką. W środku znajdowała się aromatyczna kiełbasa z baraniny, dojrzewający kozi ser, jabłka najnowszej odmiany — „Niebiańskie jabłka” — oraz klasyczne czerwone wino z etykietą „Rotwein von Edelweiss”.
— Dziękuję za powitanie i za organizację tego balu — powiedziała z wdzięcznością. — To spełnienie mojego marzenia. Nikt nie organizował takiego balu od lat.
Następnie wskazała na kota, który z gracją wyskoczył z pojazdu i przeciągnął się na żwirowanej alejce.
— A to… kot. — Nie nadała mu imienia. — Towarzyszy nam od dziś. Mam nadzieję, że nie będzie kłopotliwy.
Podziękowała za gościnność i razem z Heinzem skierowała się do wnętrza pałacu.
— Wyłonimy się z komnat, gdy bal się rozpocznie — zapewniła. — Czy mogłabym prosić o wsparcie pokojówek? Chciałabym dopracować strój i fryzurę.
Gdy tylko zniknęli za plecami Bombiny, Lieselotte szturchnęła Heinza ramieniem i rzuciła półgłosem:
— No, rozluźnij się trochę! — Uśmiechnęła się z przekąsem. Ona brylowała towarzysko w takich miejscach, jak zawsze. A Herr Oberhaupt? Cóż, wyglądał, jakby nie czuł się najlepiej w tym siedlisku żmij, które miało się tu zaraz zebrać.