Dziękuję Jego Królewskiej Mości za odblokowanie wątku. Uzupełniając sąsiedni wątek o gierkach chciałem kilka dni temu założyć równoległy o książkach, ale zanim to zrobiłem przypomniałem sobie o już istniejącym i chyba nie ma co mnożyć bytów ponad miarę. No to skoro już wiemy co jest grane, to może zachęcam do dzielenia się odkryciami czytelniczymi. U mnie na tapecie:
Orientalizm po rosyjsku. Górale Kaukazu Północnego i pogranicze gruzińskie, 1845-1917 Austina Jersilda. Polskie wydanie niestety opatrzone odpychającym wstępem i posłowiem J. Rohozińskiego, który niesamowicie egzaltowanym tonem zaangażowanej prawicowej publicystyki dokonuje rytualnego potępienia rosyjskiego imperializmu i gdzieś tam niezdarnie wplata w to wszystko jeszcze Ukrainę. Za to w środku kryje się bardzo zgrabnie napisany szkic z historii idei i mitu historycznego. Etnografowie, etnologowie i krajoznawcy na służbie wielonarodowego imperium, ad hoc powołujący do życia nieznane dotąd nawet samym tubylcom ludowe tradycje, kreatywnie interpretujących zebrane podania i legendy. Z co lepszych smaczków: Chewsurowie (niewielka grupa etnograficzna kartwelskich górali nominalnie zaliczana do Gruzinów) wedle popularnej wówczas teorii ukutej przez jednego z urzędników carskiej administracji mieliby być potomkami frankijskich rycerzy, którzy brali udział w IV krucjacie i zabłądzili gdzieś po drodze, finalnie trafiając na północny Kaukaz. No i sama Gruzja, chyba wbrew wyartykułowanym we wstępie intencjom tłumacza, po lekturze zaczyna się jawić nie tylko jako kolejny biedny kraj, który padł łupem krwiożerczego imperializmu rosyjskiego, ale jako świadomie wyhodowana pod troskliwą pieczą Romanowych mała Rosja-bis z dostosowanym do swojej skali ekspansjonistycznym apetytem i głęboko zakorzenionym w miejscowych elitach przekonaniem o własnej misji cywilizacyjnej. Chociaż dla kogoś bliżej zaznajomionego z kwestią osetyjską i abchaską to na pewno nie będzie żadne novum.
Inteligencja w wiekach średnich Jacquesa Le Goffa. Świetna rzecz, jak chyba wszystko spod pióra tego autora, którego ostatnio połykam nałogowo. Po moich niełatwych doświadczeniach z
Morzem Śródziemnym Braudela, Le Goff (pozostając na gruncie creme de la creme XX-wiecznej historiografii francuskiej) to świetna odskocznia od tej drobnomieszczańskiej fascynacji gospodarką towarowo-pieniężną u Księcia Historyków.
Idąc za ciosem przeczytałem też
Historia calaminatum, autobograficzną, epistolarną spowiedź samego mistrza Abelarda, któremu w dużej mierze poświęcona jest praca Le Goffa. Pierwsza refleksja: czy wśród polskich nauczycieli akademickich, rzekomo chronicznie systemowo niedocenianych i niewystarczająco wynagradzanych, znaleźliby się jacyś mistrzowie, za którymi wyedukowana młodzież z dobrych domów byłaby gotowa udać się w tułaczkę od opactwa do opactwa i żyć z żebrów? Może przewijające się czasem w mediach problemy polskiej nauki i kształcenia akademickiego to nie jest kwestia ani ekonomicznej pauperyzacji Akademii, ani rozwiązań systemowych, tylko dużo głębszy problem kulturowy? Pół żartem pół serio: Abelard nie potrzebował umowy o pracę na czas nieokreślony i 10 tys na rękę, a jego uczniowie radzili sobie świetnie bez akademików za złotówkę, koczując w miasteczku namiotowym pod Górą św. Genowefy. Chyba więc mentalność człowieka późnego kapitalizmu bez reszty skupionego na dobrach doczesnych odgrywa w całym zjawisku dużo istotniejszą rolę niż hajs, Czarnek, Wieczorek, punktoza, grantoza i echa reform Gowina. No, w humanistyce przynajmniej.
Fantastyka i futurologia Lema. Niedawno nabyłem za grosze od wyjętego żywcem z najtisów dziadka sprzedającego PRL-owską makulaturę z plandeki w przejściu podziemnym. Jestem w trakcie przedzierania się przez kolejne strony.
Z beletrystyki doczytałem na dniach
Matkę Maksyma Gorkiego i chyba nie zostanę miłośnikiem prozy socrealistycznej. Pierwsze skojarzenie - miałkie pozytywistyczne nowelki z gimbazy.
A współczesne komiksy? Ktoś siedzi może w powieściach graficznych?
Zachodnich czy w ogóle? W 2017 PTR polecał mi w tym wątku
Mausa. Ochoczo po niego podreptałem do miejskiej biblioteki i była to moja pierwsza i ostatnia styczność z europejskim i amerykańskim komiksem, nie licząc Kaczora Donalda w podstawówce. Ale dla odmiany zainteresowałem się mangą. Kiedyś ta estetyka na wstępie mnie odrzucała. Ostatnio jednak dochodzę do wniosku, że cały ten wysoce sformalizowany, zniuansowany język artystycznego wyrazu jest na swój sposób fascynujący i przywodzi na myśl bizantyjską tradycję pisania ikon. Na pierwszy ogień poszedł pierwszy tom
Ataku tytanów, bo za dzieciaka widziałem parę odcinków anime i mi się podobało. Jeszcze nie wiem, czy to była jednorazowa przygoda, czy będę sięgał po więcej. Sądząc po profilowym na forum, Antoni Moskwicz może mieć więcej do powiedzenia w temacie.