Chamberlain pisze: ↑5 maja 2025, 18:45Trochę kusi. Być może naruszam w ten sposób przyjętą zasadę decorum i o takie sprawy lepiej pytać gdzie indziej, ale jak to właściwe jest: przyjeżdżasz na taki 3-dniowy zlot gdzieś w letniej głuszy, siedzisz przy ognisku do późnej nocy z tymi wszystkimi Orjonami, Andrzejami, Helwetykami, pijecie na umór, robicie chrum-chrum, bek-bek, sorry, muszę na dwójkę, po piątym żywcu plotkujecie o tym, kto z kim i jaki ma biust i ile wzrostu, a potem rozjeżdżacie się po Polsce, by później jak gdyby nigdy nic ponownie bawić się w premierów, ministrów, rywalizować o jakieś stołki i piksele na mapie? Czy wręcz przeciwnie: po czymś takim to już niemożliwe, bo robi się jeden wielki stoliczek i kontakty na telefon?
W tym oto miejscu idealnie pasuje typowa odpowiedź radcy prawnego/adwokata, a mianowicie: to zależy. Mówię o tym też ze swojej perspektywy, bo jedyny zjazd, jaki zaliczyłem w całości, to ten w Krakowie. Wtedy miałem chyba 18 (?) lat i po prostu jak towarzystwo padło, to na nogach udałem się do domu. Następnego dnia do mnie zresztą wydzwaniano, gdzie to przepadłem. A ja rzygnąłem do swojego kibla, umyłem zęby, wypiłem pół dużej butelki Muszynianki i poszedłem do spania. Następnego dnia, posilony domową jajecznicą, wróciłem na miasteczko chlać dalej.
Z pewnością poznanie ludzi osobiście dynamizuje karierę w mirkoświecie. W końcu przestajesz być tylko nickiem i z człowieka schowanego za zdjęciem Petru Grozy stajesz się prawdziwym Aleksandrem, z krwi i kości. Ale to też kwestia tego, jakim jesteś człowiekiem. Pochlebiam sobie, że jestem na tyle otwarty na ludzi, że potrafię dogadać się z każdym i pewnie nawet z Zanikiem byłbym w stanie zamienić kilka zdań.
Sama estetyka spotkań jest mocno nietypowa. Na zjeździe, którego byłem uczestnikiem, ówczesny ustępujący już książę Sarmacji, znany obecnie jako Helwetyk Romański, w chwili gdy zaoferowano nam do sprzedaży ukraińskie Marlboro czerwone, zawołał za mną i jednym z sarmackich arystokratów, który też umiłował sobie wyroby tytoniowe, per "diuku" i "baronecie". Co myśleli wówczas handlarze zza Buga - tego pewnie nigdy się nie dowiem. Notabene odradzam zakup ukraińskich Malboro. Po wypaleniu kilku sztuk resztę rozdałem. Wyjątkowe paskudztwo.
Z kolei, gdy dwa lata temu regularnie bawiłem w Warszawie, gdzie niosłem kaganek oświaty, jakkolwiek dziekan Giaro stał na stanowisku, że robię tam karierę, to spotykałem się regularnie z byłym (obecnym?) ambasadorem Mandragoratu Wandystanu, tow. Pupką. W miejscach publicznych tytułowaliśmy się per Wasza Królewska Mość oraz Wasza Ekscelencjo. A dla odmiany spotykając się na kawę/wódkę ze swoją mamą, Natalią von Lichtenstein, używaliśmy swoich realowych imion i to w wersji zdrobniałej.
Chamberlain pisze: ↑5 maja 2025, 18:45Załóżmy, że zjeżdża się 30 osób. Ila osób liczy obecny mikroświat? 70? 80? Więc wedle wszelkiego prawdopodobieństwa masz szansę poznać z bliska 50% mikronautów., a może nawet niemal wszystkich z grona najbardziej aktywnych. Jest po tym miejsce na jakąś "politykę" na poważnie? Czy już tylko "emerytura" i "narracja"?[/justify]
Wydaje mi się, że gdy kogoś już się pozna na żywo, to też zmienia się do niego stosunek. Myślę, że ranty Zanika straciłyby wiele ze swojej jadowitości, gdyby poznał innych mirkonautów. Ostatecznie odpisując
@Wojciech Bombina,
@Mat Max Salvepol czy
@Maciej Hergemon mam przed oczami nie ich awatary, ale ich twarze. Na pierwszy plan wychodzi fakt, że to żywy człowiek, z krwi i kości, którego poznałem. To naprawdę łagodzi obyczaje.